Koronawirus w UK. Życie w czasie pandemii

Koronawirus w UK. Życie w czasie pandemii



Na początku nie chciałam pisać posta o koronawirusie, ponieważ i tak już wszędzie o nim pełno, niedługo będzie wyskakiwał z lodówki. Poza tym nie czuję się na tyle kompetentną osobą, żeby cokolwiek o nim pisać. Mogę jednak napisać co widzę – w końcu nazwa bloga zobowiązuje. Mogę też porównać różnicę w postępowaniu rządu polskiego i angielskiego w czasie padnemii, a tutaj jest o czym pisać.

Ogólnie to chyba mamy jakiegoś ogromnego pecha do tej Anglii, bo coraz "ciekawsze" rzeczy się dzieją podczas naszego pobytu tutaj. Od tych najbardziej prozaicznych, jak problemy z bankiem, po atak na London Bridge, a  teraz pandemia.

Ja całe moje dotychczasowe życie przeżyłam w dość spokojnych czasach z czego się niezmiernie cieszę. Po raz pierwszy uderzyło we mnie, jak i zapewne w wiele osób coś, jakieś przerwanie normalności na skalę światową.

Pierwszy też raz, podczas kryzysu ogólnoświatowego, mamy tak rozwinięte social media i jesteśmy zewsząd bombardowani informacjami i opiniami innych. Ciężko w tym gąszczu wyłowić wartościowe informacje. Nawet podejście rządzących nie jest dla nas gwarancją niczego, o czym rozpiszę się trochę niżej.


PANDEMIA - PRZEBIEG

  1. Grudzień 2019 nieznany wirus rozwija się w Chinach. Na początku oczywiście wirus jest daleko i nas nie dotyka.
  2. Chiny, walcząc z rozprzestrzenianiem się wirusa zamykają miasta.
  3. Widzimy, że wirus się rozprzestrzenia, ale wciąż ma daleko do Europy (to, że ludzie latają po całym świecie w te i wewte nie ma oczywiście na razie najmniejszego znaczenia).
  4. Wybucha ognisko wirusa we Włoszech, ale na razie tylko północnych, niewielkie przypadki odnotowane w innych krajach europejskich. Włochy zapewniają, że nie ma co odwoływać lotów do innych części kraju. 
  5. 11/03/2020 WHO ogłasza pandemię.
  6. Wirus we Włoszech rozprzestrzenia się na cały kraj.
  7. Wybuch ogniska w Iranie.
  8. Polska zamyka granicę, odwołuje wszystkie publiczne zbiorowiska (w tym szkoły, galerie).
  9. Panika w sklepach trzeba wykupić papier i prowiant. Nawet osoby które nie robiły wielkich zapasów muszą coś kupić, żeby nie zostać bez niczego.
  10. Większość osób, u których jest to możliwe, pracuje z domu. 
  11. Wybuch drugiego dużego ogniska w Europie, w Hiszpanii.
  12. Dzięki drastycznym krokom podjętym przez państwo, wirus w Chinach się wygasza.
  13. W Niemczech, Francji i USA dochodzi do kilkunastu tysięcy przypadków (18,12,13).
Muszę przyznać, że kiedy zaczynałam przygotowywać ten wpis był 18.03.2020 i ok. 7 000 przypadków zachorowań odnotowano tego dnia w Niemczech i Francji, a 3,5 tysiąca w US. Miałam wtedy pisać, że kolejne regiony eskalacji to właśnie Niemcy i Franca oraz US. Dzisiaj już to widać. Dzisiaj wpisuję te kraje do ogólnego opisu sytuacji. Wiemy, że wirus rozprzestrzenia się szybko, ale to tylko pokazuje, jak bardzo szybko (3 dni różnicy). Kolejne kraje nie będą niespodzianką, to po prostu kolejne pozycje z tabelki, czyli Szwajcaria, UK, Niderlandy itd.

Swoją drogą jestem zdziwiona, że wirus tak powoli rozprzestrzenia się w Anglii oraz w Londynie, tak bardzo międzynarodowym mieście. Jest to jednak tylko kwestią czasu, ponieważ Anglia jest jakieś półtora, dwa tygodnie w tyle za Włochami.

Innej kraje Azji południowo wschodniej, głównie Tajlandia, bardzo dobrze radzą sobie z wirusem. Biorąc pod uwagę bliskość Chin, siatkę połączeń miedzy nimi, a także ilość chińskich turystów w tych państwach.

Kanada - ze względy na odległości między miastami może sobie też całkiem nieźle poradzić, a jedyne "zmagania" będą miały duże miasta.

Myślę, że też trzeba sobie uświadomić, że biorąc pod uwagę dość łagodny przebieg wirusa u niektórych oraz objawy kojarzące się ze zwykłą grypą lub przeziębieniem, to liczba przypadków jest niedoszacowana. Możliwe że sporo osób nie poddało się testom i nie została zdiagnozowana.


KALENDARIUM PODJĘTYCH KROKÓW: RZĄD POLSKI I ANGLII


31.01.2020
UK: Pierwszy odnotowany przypadek koronawirusa w Anglii.

04.03.2020
PL: Pierwszy potwierdzony przypadek koronawirusa w Polsce.
UK: 85 przypadków potwierdzonych w Anglii.

11.03.2020
Świat: WHO ogłasza pandemię. (118 319)*
PL:  (22)
UK: TFL wprowadza „clearing regime”. (373) => Tak, będą czyścić siedzenia, rurki w metrze – to nic że w godzinach szczytu ludzie są stłoczeni jak sardynki i stoją twarzą w twarz.

12.03.2020
PL: Zawieszenie szkół i przedszkoli. Wprowadzenie stanu epidemiologicznego. Wprowadzenie, gdzie to jest możliwe pracy zdalnej. (44)
UK: (460)

14.03.2020
PL: Zamknięcie restauracji i miejsc zbiorowisk publicznych. Ogłoszenie lotów czarterowych, które mają ułatwić powrót rodaków do kraju. (64)
UK: (802)

15.03.2020
PL : Zamknięcie granic. Przywrócenie kontroli granicznych. (111)
UK: (1 144)

16.03.2020
PL: (150)
UK: Odradzanie zbiorowisk publicznych, zaprzestanie wspierania imprez masowych, ten kto może niech pracuje z domu. (1 395)

18.03.2020
PL: Wprowadzenie tarczy antykryzysowej - pożyczki dla przedsiębiorców oraz odroczenie składek ZUS. (246)
UK: (1 954)

20.03.2020
PL: (425)
UK: Zamknięcie restauracji i pubów. Zamknięcie 40 stacji metra. Rząd pokryje 80% wynagrodzenia pracowników, którzy nie są w stanie pracować z powodu koronawirusa oraz odroczy VAT na następny kwartał. (3 277)

23.03.2020
PL:
UK: Zamknięcie szkół.

Jak psiałam już wcześniej, w UK będą drugie Włochy. Już przekraczamy ten kulminacyjny moment dla innych, dotkniętych wirusem krajów, 5-ciu tysięcy przypadków. Następnie, liczba zachorowań wzrośnie lawinowo - będziemy dobijać do paręnastu tysięcy. Kroki rządu zostały tu podjęte zdecydowanie za późno. I co by o obecnym rządzie w Polsce nie mówić, odkładając politykę na bok, uważam że ich działania były odpowiednie i szybkie. O wiele bardziej wolałabym być teraz w Polsce, tym bardziej widząc początkową bezczynność Anglików - w kluczowym momencie, czyli zanim nie doszło do lawinowych zakażeń.

Ponadto angielski rząd pozostawia duża swobodę obywatelom. Nie zakazuje, a zaleca. Te zalecenia kończą się tak, że pozamykali szkoły, puby, a teraz zamykają nawet parki - tylko wszystko to dzieje się z opóźnieniem do innych państw. Do taj pory Anglia, jako jeden z nielicznych krajów nie zamknął swoich granic, znowu - tylko odradza obywatelom podróże.

Wiele osób zwraca uwagę na to, jak rząd Anglii przejmuje się ekonomią kraju i wspomaga przedsiębiorców w sytuacji kryzysu, tylko łatwo to się robi mając fundusze. Dodatkowo, słuchając klika przemówień premiera mam wrażenie, że tak, bardzo się przejmują ekonomią, zrobili wszystko, żeby opóźnić zastój kraju przez zamykanie gastronomi i branży rozrywkowej, tylko że ten brak działania będzie kosztował ileś tam (nawet) -set żyć ludzkich. Więcej się mówi o ekonomi, niż o ograniczeniu przypadków zachorowań i liczby zgonów. Nie wspominając już o pamiętnym przemówienia premiera, w którym oświadczył: taki i taki odsetek ludzi umrze. Musimy wypracować odporność populacji. No niestety - nie udało się, i podążają drogą innych krajów. Tylko teraz to już nie będzie zarośnięta droga, a bagno.

Na szczęście, wiele ludzi jest mądrzejszych od rządu. Wiele firm wprowadziło pracę z domu gdzie tylko to możliwe i jak szybko możliwe. Wprowadziło płyny do dezynfekcji rąk na wejściach i piętrach. Także nasza firma podjęła dość odpowiednie kroki.

Żeby nie było tak pięknie - jeżeli w Polsce będzie większa liczba zachorowań, to uważam, że dużo do tego przyczyni się część Polaków, w tak wielkich ilościach powracających z zagranicy. Nie wierzę, że sprawdzają wszystkich. Nie ma do tego środków i chyba jest to fizycznie niemożliwe. A ci ludzie, wracają właśnie z miejsc, gdzie nie podjęto tak szybkich kroków zapobiegawczych, jak w Polsce. Wszyscy powinni dostać przymusową kwarantannę. Niezależnie czy mają gorączkę, czy nie.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZBIOROWA A PARANOJA




Odpowiedzialność zbiorowa. Część ludzi jej po prostu nie posiada. Nie posiada także wyobraźni - nie stosują się do zaleceń nie wychodnia z domu, bo zamknięcie szkół nie oznacza, że dzieci mają się bawić na placach zabaw. Kwarantanna nie bez powodu jest kwarantanną. Ludzie wykupują na potęgę towary, myśląc tylko o sobie. Młodzi ludzie mówią: to dotyczy tylko starszych i z małą odpornością, nie mnie. Tylko ty zarażasz innych, to właśnie ty zarażasz tych starszych. I chyba inny byłby ton wypowiedzi, jeśli tą starszą osobą by się okazał ktoś z jego własnej rodziny.
Są też pozytywne zachowania: niektórzy ogłaszają się, że uszyją maseczki, niektórzy zgłaszają się na ochotników do pomocy służbie zdrowia.

Tym się właśnie różnimy od Azjatów, jesteśmy mniej posłuszni i butni, zawsze wiemy lepiej. Chiny oraz wszystkie azjatyckie nacje są przyzwyczajone do noszenia maseczek, podczas gdy dla nas ludzie  w maskach są obiektem do drwin. Azjaci są także przyzwyczajeni do podporządkowywania się wytycznym rządu. Drugim czynnikiem będzie opieszałość w działaniu rządów poszczególnych krajów. Biorąc powyższe pod uwagę, uważam, że wirus zbierze większe żniwo w Europie.

Ja zaczęłam pracować z domu dość późno, dopiero 17.03.2020. I naprawdę nie mogłam zozumieć tych kaszlących i smarkających ludzi w pociągach. Nie, nie podejrzewam ich o koronawirusa, ale jeżeli ja złapię zwykłe przeziębienie, jakąś infekcję, to od razu jestem mniej odporna na koronawiursa.

Teorie spiskowe. Antyszczepionkowcy mają tu pole do popisu. Jedna z ciekawszych teorii na jakie się natknęłam mówiła o tym, że wraz ze szczepionką wprowadzą ludziom chipy, dzięki którym będą nas śledzić. Inni twierdzą że to temat zastępczy np. rozwoju sieci 5G. Wg niektórych to jest ogólnoświatowy eksperyment.


Ja myślę, że jak we wszystkim warto zachować umiar. I jeżeli nie kosztuje nas to wiele, to warto zadbać o dodatkowe zabezpieczenie, nawet, jeśli okazałoby się zbędne. Lepiej się zabezpieczyć na darmo niż potem czegoś żałować, prawda?
Dlatego, mimo że mnie kusi pojechać do centrum i zobaczyć jak teraz wygląda na co dzień zatłoczone miasto, to zostaję w domu i nie wychodzę niepotrzebnie.


PRZYDATNE LINKI, JEŚLI CHCEMY ŚLEDZIĆ LICZBY:


- dzienne raporty WHO na temat sytuacji, liczby zachorowań i zgonów na świecie:

- dzienne raporty zachorowań w UK:
 
- mapa zachorowań w Polsce z podziałem na województwa:
 
Bardzo ciekawy wykres pokazujący wzrost liczby zachorowań w najbardziej dotkniętych wirusem krajach:


* w nawiasach podaję potwierdzoną liczbę przypadków zachorowań do danego dnia wg raportów WHO 

Ważna rzecz:

- W tym wpisie nie będę więc się odwoływać do żadnych sensacyjnych wieści. Liczby, daty i informacje biorę ze storn polskiego i angielskiego rządu, strony WHO oraz raczej wiarygodnych portali jak BBC, The Guardian.

- Moje stwierdzenia i opinie zostawię, a wpis będę aktualizować kiedy uznam to za stosowne. Warto porównać, czy z  jakiegoś względu zmieniłam swoje zdanie w dłuższym okresie czasu i czy moja perspektywa też się zmieniła.
Atrakcje Toronto CityPass

Atrakcje Toronto CityPass

City Pass co to jest i co nam daje?

City Pass to nic innego jak trochę tańszy, łączony bilet na najbardziej popularne w Toronto atrakcje, takie pięć w jednym. Uprawnia nas on do wejścia do:
  • Ripley's Aquarium
  • CN Tower
  • Casa Loma
  • Royal Ontario Museum
  • ZOO lub Ontario Science Center 

Czy warto kupić City Pass?

Według mnie tak, szczególnie, że ceny za bilety do poszczególnych atrakcji są o wiele droższe. Plusem jest także fakt, że nie musimy stać w kolejkach do kas do każdej atrakcji, tylko od razu możemy się kierować bezpośrednio do wejścia. 
Ogólnie rzecz biorąc, Zoo i Ontario Sience Center są w tym zestawie trochę na siłę, ponieważ do obydwu ciężko się dostać (kilka przesiadek oraz odległość od centrum) i bądźmy szczerzy - nie są to atrakcje, które koniecznie trzeba zobaczyć. My jednak wykorzystaliśmy wstępy do wszystkich obiektów ze swojego biletu, a ostatecznie zdecydowaliśmy się na ZOO, chociaż na początku chcieliśmy odwiedzić Science Center. Warunkiem koniecznym żeby obejrzeć wszystko jest czas - bilety mamy wykorzystać w przeciągu 9 dni od pierwszego wejścia. Toronto City Pass można bez problemu kupić online, jak i my zrobiliśmy.

RIPLEY'S AQUARIUM

Ryby, ryby, kolejne oceanarium. Ripley's Aquarium jest jednak dość unikalne na skalę światową. Jeżeli wybieracie się tam z dzieckiem, możecie spokojnie zarezerwować sobie cały dzień.
Ba, ja osobiście mogłabym tam siedzieć cały dzień, ale marudzenia męża wyprowadziły mnie stamtąd szybciej. Do obejrzenia mamy 5 standardowych ekspozycji:
  • Canadian Waters (Wody Kanady),
  • Dangerous Lagoon (Niebezpieczna Laguna),
  • Ray Bay (Zatoka Płaszczek), 
  • Rainbow Reef (Kolorowa/tęczowa rafa), 
  • Discovery Center (Centrum poznawcze). 
Dodatkowo:
  •  Planet Jellies (wielkie akwarium wypełnione meduzami),
  •  The Gallery (Galeria).
CANADIAN WATERS - jak sama nazwa wskazuje, to wystawa poświęcona wodom Kanady. Wszystkim, czyli nie tylko wielkim jeziorom, ale także wodom przybrzeżnym i występującym tam zwierzętom. Na mnie największe wrażenie zrobiła paddlefish (czyli ryba wiosłonosowata?), która pływa z otwartą paszczą, w ten sposób zdobywając pokarm. Osobnik pływający przed nami musiał być bardzo głodny, bo cały czas otwierał pyszczek. Oprócz tego zobaczymy też olbrzymie, homary, ośmiornicę oraz inne gatunki.



DANGEROUS LAGOON - tunel podwodny jest świetny i do tego dość długi. Jest w nim kilka gatunków rekinów (m.in. żarłacz brunatny, tawrosz piaskowy), niektórych całkiem sporawych, żółw oraz ryba piła (nie sądziłam, że ona jest tak duża). Tunel możemy przejść, ale po bokach, przy szybach, jest też wolno przesuwająca się taśma, więc wystarczy sobie stać i się przesuwać, a widoki "same się patrzą".


RAY BAY - mnóstwo płaszczek, niektóre naprawdę imponujących rozmiarów, pływające w zbiorniku. Płaszczki możemy obserwować za szybą, na poziomie naszego wzroku oraz z góry, gdzie wyskakują nad powierzchnię wody, myśląc że zostaną nakarmione.


RAINBOW REEF daje nam możliwość podglądania kolorowych rybek żyjących w rafie koralowej. Ja uwielbiam te kolorowe stwory, ale bardziej oglądać je w ich naturalnym środowisku. Potem w takich akwariach wyszukuję rybki, które widziałam na "żywo".


THE GALLERY to akwaria z m.in. węgorzem elektrycznym, piraniami, skrzydlicą, konikami morskimi.
Akwarium jest interaktywne, a jak wiadomo, najlepiej uczy się przez zabawę. Czyli nie tylko chodzimy i oglądamy rybki, ale coś musimy dotknąć, poczytać, pomacać, wyciągnąć i tak dowiadujemy się różnych ciekawostek. Koło Discovery Center jest plac zabaw dla dzieci, a w akwariach z rybkami nemo można wsadzić głowę i zrobić sobie podwodne zdjęcie lub przeczołgać się po tunelu z mniejszymi rekinami i zrobić sobie fotkę wokół rekinów. Warty uwagi jest także wielki zbiornik z leniwie sunącymi meduzami i zmieniającymi się światłami.

=> Warto też odwiedzić stronę internetową obiektu i sprawdzić przed wizytą, w jakim dniu są karmienia poszczególnych zwierząt. Z tego co zaczęłam czytać już po przyjeździe do domu jest nawet opcja nurkowania z rekinami! W zbiornikach z płaszczkami oraz kolorowymi rybkami są pokazy nurkowe co 2 godz. od 11.15.

DISCOVERY CENTER
Strefa, w której można "pogłaskać" małe rekiny bambusowe i skrzypłocze. Z jednej strony, niby fajnie - dzieci mogą poobcować ze stworzeniami, podotykać je, a zwierzęta mają swoje tzw. "rest area" (strefy odpoczynku), czyli nie są męczone przez cały dzień. Jednak ja jestem przeciwniczką dotykania wszystkiego przez ludzi, nawet głaskania obcych psów, tym bardziej, że potem dzieci np. chciały też dotykać płaszczki, gdzie już ciężej je było pracownikom upilnować.

CN TOWER

Najbardziej rozpoznawany punkt w Toronto. Zgubisz się? Kieruj się na wieżę. Widać ją z praktycznie każdego miejsca w mieście. Najwyższy punkt widokowy w Toronto. Wieża, która dzięki antenie zamontowanej na jej czubku jest największą wieżą na półkuli zachodniej. Muszę przyznać, że z bliska nie zachwyca ona widokiem - taki betonowy kloc, który przypomina mi trochę radziecką architekturę. Jednak coś musi utrzymywać tak wysoką budowlę, stad 3 potężne betonowe nogi. Ponoć budowa trwała nieprzerwanie, 24 godziny na dobę, 5 dni w tygodniu, a wieżę wzniesiono w 40 miesięcy. Miała symbolizować siłę kanadyjskiego przemysłu, chociaż jej wysokość miała także cele praktyczne - sygnał telewizyjny odbijał się od wysokich, istniejących budynków, więc trzeba było zbudować przekaźnik, który będzie od nich wyższy. Wieża jest naprawdę sporych rozmiarów i tworzy imponujący widok - założenia konstruktorów zostały osiągnięte. Za to w nocy, kiedy wieża jest oświetlona, a kolory zmieniają się, wygląda naprawdę ładnie (nie widać aż tak bardzo tej masy betonu).
Wieża liczy 553,33 m wysokości. W jej pierścieniu znajdują się 2 punkty widokowe (zewnętrzny i wewnętrzny, jeden z przeszkloną podłogą) oraz restauracja która obraca się o 360 stopni. Do punktu widokowego mknie się windą, z której można obserwować oddalające się ulice - winda ma przeszklone dno oraz otwór w drzwiach).

=> Ciekawostką jest aplikacja na komórkę, którą można pobrać z oficjalnej strony CN Tower. Pokaże nam ona, jak nazywa się obiekt, na który aktualnie patrzymy z wieży używając komórki. Świetny pomysł!

=> Jeżeli jesteśmy na krócej w Toronto lub nie chcemy korzystać z City Passa, możemy kupić SEA THE SKY Combo Ticket, który uprawnia nas do wjazdu na wieżę oraz odwiedzin w Ripley's Aquarium. 


=> W sezonie letnim możemy skorzystać z Edge Walk, czyli przejść się po krawędzi wieży będąc zabezpieczonym linami. 


CASA LOMA

Zameczek, bo zamek to za dużo powiedziane. Casa Loma brał udział  w wielu filmach, m.in. X-men. Budynkiem opiekuje się teraz miasto i widać, że wkładają dużo starań, żeby odtworzyć podupadłe niegdyś wnętrza oraz odzyskać oryginalne meble. Obiekt praktycznie w całości jest udostępniony do zwiedzania: sypialnie, łazienki, główny hol, tunele, sekretne przejścia, gabinety, rożne pokoje (gościnny, okrągły, dziecinny, Windsorów), oranżeria, stajnie, powozownia, wieże.
Więcej o Casa Loma możecie przeczytać w tym wpisie, ponieważ przeznaczyłam mu cały osobny post.

=> Warto połączyć zwiedzanie Casa Loma i Royal Ontario Museum, ponieważ te dwie atrakcje leżą dość blisko siebie.

ZOO


Tym, którym chce się dostać do Zoo w Toronto, w dodatku w zimę, należy się medal za wytrwałość. My wyruszyliśmy z jednej ze stacji na China Town, wsiedliśmy w tramwaj nr 510, jadący w kierunku Spadina Station. Na przystanku Spadina przesiedliśmy się w metro nr 2, jadące w kierunku Eastbound, a wysiedliśmy na stacji Kenndy. Stamtąd jechaliśmy autobusem nr 86 tylko 24 przystanki już prosto do Zoo. Podróż trwała ok. 2 godziny. Ogród zoologiczny jest dość rozległy. Znajdziemy tu zwierzęta z różnych rejonów świata, podzielone na geograficzne strefy występowania. Tak więc zobaczymy gatunki występujące w rejonie indo-malajskim, na afrykańskiej sawannie, pawilon australijski, zwierzęta tundry, zwierzęta  euro-azajyckie, z obszaru Ameryk oraz rodzime gatunki występujące w Kanadzie. Bardzo mi się spodobało, że ogród to nie tylko miejsce do oglądania zwierząt w niewoli, ale pracownicy dbają także o edukację i pokazują jak chronić zwierzęta oraz ich naturalne środowisko. Obok wybiegów dla zwierząt znajdziemy plakaty i tabliczki, informujące w jaki sposób niszczone są tereny naturalne zamieszkiwane przez np. orangutany. Dowiemy się, że człowiek wycina lasy deszczowe na Sumatrze pod uprawę olej palmowego, zrozumiemy w jaki sposób możemy w życiu codziennym pomóc zwierzętom (czyli wybierać produkty bez olejowego palmowego), a edukacja jest na tyle przystępna, że dosłownie pokazane  jest w jakich produktach znajduje się olej palmowy. Najbardziej zainteresowani byliśmy "domowymi" gatunkami Kanady, niestety wszystkie zwierzęta pochowały się. Mnie zachwyciły szalone wydry w pawilonie australijskim  - wyprawiały harce pod wodą, odbijały się od szyby, były niesamowite i tak zwinnie poruszały się w wodzie. Zoo od niedawna może się także pochwalić kilkoma małymi, niedawno urodzonymi zwierzętami - gorylicą Charile i hipopotamicą Penelope.

ROYAL ONTARIO MUSEUM

W muzeum można zobaczyć zabytki z całego świata, a różnorodność eksponatów jest imponująca. Możemy więc oglądać wystawy na temat: europejskiego średniowiecza, Chin, Egiptu, Bliskiego Wschodu, Rzymu, Grecji, Azji i Pacyfiku, Indian, Afryki, epoki brązu, ery lodowcowej, dinozaury, wypchane ssaki i ptaki, tunel nietoperzy. Rozmaitość wystawionych egzemplarzy jest dużym plusem, odwiedzając muzeum można podziwiać eksponaty z całego świata i przy okazji uczyć się o rożnych miejscach na Ziemi. Dla mnie jednak za mało było wystawy na temat Indian i ludów pierwotnie zamieszkujących Amerykę Północną i (tym bardziej) Kanadę. Najbardziej imponującym zabytkiem i tym, który najbardziej mi się spodobał był ogromny totem, znajdujący się przy schodach budynku. Był on na tyle wysoki, że piął się od piwnicy aż po ostatnie, 3 piętro budynku. Totem zrodził nadzieje pokrycia mojej niewiedzy o historii Kanady sprzed ery kolonizatorów, niestety na nadziejach się skończyło. Uczucia mam więc mieszane, z jednej strony dużo wiedzy o całym świecie, łatwo dostępnej dla mieszkańców, z drugiej strony co z historią i korzeniami miejsca, w którym się znajdujemy? Podobała mi się także jaskinia nietoperzy - ciemny tunel, w którym przysłuchujemy się dźwiękom i krótkiej opowieści lektora. Muzeum jest duże i może być męczące. Wystawy ze szkieletami prehistorycznych zwierząt - gigantów z ery lodowcowej i dinozaurów jest przeogromna. Ci, co lubią dinozaury i interesują się nimi - będą w siódmym niebie. Ze swojej strony mogę dodać, że brakowało mi odwzorowania, nawet zwykłego rysunku, jak wyglądały dinozaury w rzeczywistości. Tym bardziej chciałabym wiedzieć, jak wyglądał, jakiś wielki zwierz z ery lodowcowej, jeżeli widzę jego szkielet pierwszy raz na oczy. Za to można sobie zrobić zdjęcie z wizualizacją tyranozaura przy jego szkielecie i wysłać na maila.


Kreatywność mile widziana. Jeśli ktoś lubi muzea, na pewno nie będzie się tu nudził, jeżeli ktoś muzea zwiedza, bo zwiedza lub ma zamiar przyjść z dzieckiem, to warto wybrać kilka najciekawszych wystaw (na pewno dinozaury), ponieważ malec na pewno po pewnym czasie się znudzi, a dorosły też może. My byliśmy już dobrze wymęczeni chodzeniem, gdy dotarliśmy na największe piętro z Indianami, a tam rozczarowanie (bardzo małą wystawa). Odpuściliśmy sobie także czasy średniowiecznej/rycerskiej Europy, którą tak dobrze znamy z domu - nie było sensu oglądać eksponatów, które mamy na wyciągnięcie ręki u siebie.
Chinese New Year - parada na Chiński Nowy Rok

Chinese New Year - parada na Chiński Nowy Rok

Dzisiejszy wpis zdominują dwa kolory: czerwony i żółty, smoki oraz orientalna muzyka. Tak, będzie chińsko, będzie też celebracja, będą zdjęcia, które pokażą, jak Chiński Nowy rok obchodzono w Londynie.

A został on dosłownie obCHODZONY bo wesoła i barwna parada ruszyła z Trafalgar Square podążając Charing Cross Road aż do China Town. 
O obchodach Chińskiego Nowego Roku dowiedziałam się zupełnie przez przypadek, w pracy. (To jest plus pracowania w prawdziwie międzynarodowym zespole). O mały włos nie wybrałabym się tam dzień wcześniej, jednak, na szczęście, Mężu czuwał.
Co prawda, dwóch zapytanych przeze mnie Azjatów obchodziło święto raczej w gronie przyjaciół, w domu, niż na zatłoczonych ulicach, ale pomyślałam, że i tak warto się tam wybrać.
2020 jest rokiem szczura, a szczur w kulturze chińskiej symbolizuje spryt, dobrobyt i powodzenie.
Warto wziąć pod uwagę, że Londynie mieści się największe China Town poza granicami Chin. Ponoć dużo studentów z Chin przyjeżdża studiować właśnie do Londynu.
Tak naprawdę wybieraliśmy się głównie na paradę, ale oprócz niej były też inne atrakcje, takie jak: pokazy sztuk walki, pokazy tańców, kuchnia chińska, występy na żywo.
Niestety, przyznam się bez bicia, że samo opóźnienie otwarcia i mowy otwierające imprezę mnie pokonały i zmarznięta wróciłam do domu. Wszystkie dodatkowe atrakcje zaczynały się dopiero po inauguracji. Oprócz podziękowań wielu ludziom, bez których impreza nie odbyła by się (i sponsorom), wspomniano także o korona wirusie i wyrażono wsparcie dla ludzi z prowincji Wuhan oraz całych Chin.
Punktem programu ceremonii otwarcia było Lions’ Eye-Dotting Ceremony – czyli „przebudzenie oczu lwa”.
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem rozmachu imprezy (centrum miasta), biorąc pod uwagę, że jest to święto, jakby nie było, mniejszości etnicznej. I mimo, że na miejscu było sporo turystów i trochę miałam skojarzenia z sylwestrem z jedynką na żywo, to jednak warto było przyjść. Teraz pisząc ten post, jednak żałuję, że nie zostaliśmy trochę dłużej, ale co się odwlecze… to może w roku bawoła się zdarzy. 
Spływ Dunajcem - czy warto?

Spływ Dunajcem - czy warto?


Jedną z największych atrakcji Pienin jest spływ Dunajcem. Podziwiane szczytów górskich i urody Pienińskiego Parku Narodowego z perspektywy pasażera łodzi, prowadzonej, po spokojnej rzece przez flisaków. Kim są owi flisacy? Czy widoki faktycznie są takie przepiękne? Co zobaczymy po drodze? Ten wpis powstał po to, żeby odpowiedzieć na powyższe pytania.

Jak się dostać na miejsce spływu?


BUSY
Najlepiej dojechać nyską. Jako, że nocowaliśmy w Krościenku (które jest o wiele spokojniejsze od sąsiedniej Szczawnicy), to właśnie ono było naszym miejscem startowym. Busy odjeżdżają z przystanku w rynku – nie mają regularnego grafiku, zazwyczaj ruszają jak się zapełnią i zawiozą nas prosto na miejsca spływu.

WŁASNY SAMOCHÓD
Inną, najmniej wygodną opcją jest przyjechanie własnym samochodem i zostawienie go na parkingu. Minusem tego rozwiązania jest fakt, że musimy jakoś wrócić po auto.

AGENCJA TURYSTYCZNA
Można także skorzystać z jednej z ofert agencji turystycznych, których w okolicy jest wiele. Tylko u nich bez kolejek! Jednak my, będąc na spływie pod koniec sierpnia, żadnych kolejek przy kasach nie widzieliśmy, czekaliśmy tylko chwilę przed łódką, aż zbiorą się wszyscy pasażerowie przypisani do danego numeru łodzi. Szczerze, jest to opcja dla wygodnych. Zazwyczaj przyjeżdża bus pod hotel, zabiera turystów na miejsce spływu, potem odwozi z powrotem na miejsce noclegu. Przepłacamy, ale płacimy za wygodę. Niektóre agencje oferują szersze oferty, czyli spływy połączone ze zwiedzaniem innych miejscowych atrakcji. Jeżeli więc ktoś chce spędzić dzień na wycieczce zorganizowanej od A do Z, to jest to opcja dla niego.

POWRÓT
My wracaliśmy do Krościenka busem ze Szczawnicy. Koszt biletu powrotnego to 3zł/os. Odjazd z przystanku naprzeciwko dworca PKS.


Spływ

Spływy organizowane są od kwietnia do października. Są dwie przystanie, z których można zacząć wycieczkę: w Sromowcach-Kątach oraz Sromowcach Niżnych. Trasa zaczynająca się w Sromowcach-Kątach (my tą wybraliśmy) jest dłuższa, ale jej początek nie wiedzie przez Park Narodowy.
Koszt spływu dla osób dorosłych to 57 zł za trasę do Szczawnicy, a 71 zł za trasę do Krościenka. Osobiście polecam spływ do Szczawnicy, z kilku powodów:
  • jest tańszy, jeśli zdecydujemy się wrócić busem, dalsza trasa już nie wiedzie przez Park Narodowy, 
  • Szczawnica ma lepszą bazę gastronomiczną, a wielce prawdopodobne, że skończymy spływu w porze około-obiadowej, możemy też skorzystać z toalety,
  • jeśli nocuje się w Krościenku od razu można zobaczyć Szczawnicę, 
  • od przystani w Krościenku i tak trzeba jeszcze się przejść 15 min do samego Krościenka.

Spływ trwa ok. 2,5h. Do łodzi wsiada 12 osób, co jest optymalną liczbą pasażerów. Nie jest tłoczno, a każdy ma dobry widok. Sama rzeka jest spokojna, nie ma rwącego nurtu. Dunajec jest też dość płytki - poza tak naprawdę dwoma miejscami. Najgłębszy punkt Dunajca ma 18 m głębokości.


Flisacy 

Każdą łódź obsługuje załoga dwóch flisaków – cytując: „ jednej jest fizyczny a drugi psychiczny”. Czyli jeden z panów kieruje łodzią i wiosłuje – z tyłu, a ten z przodu opowiada historie turystom. Flisacy będą nam umilać czas wycieczki – opowiadać dowcipy o teściowych, zabawne historyjki, bajki i legendy związane z Przełomem Dunajca, zapoznawać nas z historią terenu i wskazywać najważniejsze miejsca po drodze.

Atrakcje

Atrakcje spływu to przede wszystkim widoki, obserwowanie piękna natury Pienińskiego Parku Narodowego: Dunajec, skały zbudowane głównie z wapieni pienińskich, szyty pobliskich gór i jeśli się trafi, to ptactwo wodne. Rzeka ma liczne zakręty, a mijając je będziemy zgadywać, po której jej stronie jest widok przed nami - co nie zawsze jest dość oczywiste. Podziwiać będziemy szczyty gór, formacje skalne (mnichów, w kształcie głowy dzika, orła). Główną atrakcją, są oczywiście Trzy Korony: Wysoka Kaśka, Gruba Baśka i Kudłata Maryśka, a wraz z nimi babka i dziadek, które na trasie będziemy widzieć kilka razy. Naturalnie, po drodze będziemy też mijać Sokolicę ze słynną sosną karłowatą (gatunek który licznie porasta zbocza pienińskich skał). Usłyszymy regionalne legendy o m.in. Janosiku, polskim królu i Świętej Kindze. W pewnym momencie (na samym początku spływu) będziemy płynąć całkowicie po stornie słowackiej. W tamtym miejscu rzeka podzielona jest wyspą na stronę polską i słowacką. Wodowanie kaczek i kaczorów, które chcą wyżebrać od turystów coś do jedzenia też jest ciekawym widokiem.

Podsumowanie


Czy spływ mnie oczarował? Było naprawdę przyjemnie, widoki, ładne, ale widziało się w życiu ładniejsze ;)  Krajobraz widziany z samej Sokolicy jest równie piękny. Jest to jednak atrakcja którą na pewno trzeba choć raz w życiu zaliczyć. Dodatkowo, jestem jak najbardziej za wspieraniem takiej formy turystyki regionów, tym bardziej, że wszystko zostało przeprowadzone bardzo profesjonalnie i nie mam żadnych uwag co do organizacji oraz obsługi samego spływu.

ALTERNATYWA - ŚCIEŻKA ROWEROWA


Alternatywna droga – to ścieżka rowerowa, która prowadzi wzdłuż rzeki. Trasa jest niewymagająca. Zaczyna się w Szczawnicy a kończy w Czerwonym Klasztorze. Koszt wypożyczenia roweru wynosi 25 zł za dzień i możemy go zostawić w miejscowości docelowej (nie musimy go oddawać w miejscu wypożyczenia). Wypożyczalnie roweru mają różne opcje dla rodzin z dziećmi – nie tylko mniejsze rowery, ale rowery z drugim siedzeniem z tyłu bez pedałów albo z przyczepką do wożenia pociech. Jest to także świetny pomysł na dodatkową wycieczkę lub zrobienie trasy spływu drugi raz, ale już na dwóch kółkach i z troszkę innej perspektywy.
Atak na London Bridge

Atak na London Bridge

29.11.2019 na London Bridge wbiegł mężczyzna, który zaczął atakować ludzi nożem. Miał na sobie fałszywą kamizelkę wybuchową. Jak się potem okazuje mężczyzna zaczął atakować ludzi w Fishmongers' Hall, a potem walka przeniosła się na most. (Na szczęście osoby z restauracji próbowały podjąć walkę i obezwładnić napastnika, w tym jeden Polak o imieniu Łukasz). Na moście trwało obezwładnianie mężczyzny. Jeden z przechodniów wyrwał mu nóż, a uzbrojone służby zastrzeliły napastnika.

Jesteś w pracy, właśnie wróciłeś z przerwy, do salki treningowej przychodzi spóźniona kobieta i mówi coś przerażona, ale nie słyszysz jej zbyt dobrze, ponieważ jest za daleko. Po chwili każą wam wyjść z salki, odsunąć się od okien. Ludzie dzwonią, szukają informacji co się stało. Coś na moście, były jakieś strzały. Pojawiają się pierwsze informacje, jakieś filmiki, na których za bardzo nie widać co się dzieje. Przelatują helikoptery. Ludzie z ulicy zostali wpuszczeni do recepcji budynku, a szklane drzwi zamknięte, im też każą odsunąć się od szyb. Uświadamiasz sobie, że 10 minut temu przechodziłeś przez ten most, wracałeś z przerwy na lunch. Ludzie reagują różnie, niektórzy sensacyjnie, niektórzy nie przerywają pracy. Czekacie, przychodzi pani z recepcji i mówi coś o bombie. Pracownicy gromadzą się w jednym kącie, blisko wyjścia ewakuacyjnego, znowu każą się wszystkim odsunąć od szyb. Teraz nawet jak nie byłeś podenerwowany, zaczynasz się lekko denerwować. Idę po torebkę i kurtkę. Ludzie znowu reagują różnie niektórzy dalej twierdzą, że nic się nie stało, niektóre kobiety mają praktycznie łzy w oczach. Dużo osób dzwoni do znajomych, rodziny. Czekacie, ludzie dalej nie są wypuszczani z budynku. Pani z recepcji wyraźnie zestresowana siedzi za biurkiem z torebką. Czekacie tak z 2 godziny. W końcu jest informacja, że można opuścić budynek, ale drugim wyjściem. Opuszczasz więc budynek wspomnianym wyjściem. Ulica jest pusta, wszędzie jest pusto, policja zamknęła teren. Tak zatłoczone na co dzień ulice świecą teraz pustkami. Szukasz alternatywnej drogi do domu, bo najbliższe stacje metra są zamknięte. Mijasz ostatnią „blokadę” policji. Docierasz do metra, wracasz do domu. Tak zakończył się mój drugi tydzień w nowej pracy.

W poniedziałek po zdarzeniu 02.12.2019, most wciąż pozostaje zamknięty dla pieszych po stronie zdarzenia. Otwarty dla ruchu ulicznego i ruchu pieszego z drugiej strony. Zaklejony taśmą policyjną przy wejściu, policjanci, obstawieni wzdłuż taśm, pilnują miejsca. O wiele mniej ludzi na Borough Market niż zazwyczaj, przechadzają się też tamtędy policjanci.

Most był zamknięty po stornie Fishmongers' Hall jeszcze tydzień. Ludzie, po drugiej stronie, na pasie dla pieszych zostawiali kwiaty i kartki.


Policja zareagowała bardzo szybko i sprawnie. Jednak lepiej, gdyby w ogóle nie musiała reagować.


AKTUALIZACJA PRZY PISANIU POSTA
Zdarzenie sklasyfikowane zostało jako atak terrorystyczny. Sprawcą był Brytyjczyk, dalekowschodniego pochodzenia. Część swojego życia spędził Pakistanie, gdzie brał udział w rekrutowaniu i szkoleniu terrorystycznych bojówek. Skazany na więzienie za udział w planowaniu m.in. zamachu na londyńską giełdę, po czasie, warunkowo zwolniony. Atak miał miejsce na konferencji na temat rehabilitacji więźniów.
 Moje spostrzeżenia po 1,5 miesiąca życia w Londynie

Moje spostrzeżenia po 1,5 miesiąca życia w Londynie

Moje pierwsze wrażenia po przeprowadzce do Londynu. Dużo rzeczy jest tu innych niż w Polsce i szczerze powiedziawszy u nas ten czas minął intensywnie i dość... pechowo, jak na początek.

POGODA I KLIMAT
Klimat jest zdecydowanie cieplejszy niż w Polsce. Mrozów tutaj jeszcze nie doświadczyliśmy, w grudniu parki wciąż są zielone, a drzewa mają liście na drzewach. Słynna angielska pogoda też nas na razie omija i choć zdarzało się, że padało, to ani dłuższej mgły, ani większych ulewnych deszczy jeszcze nie spotkaliśmy. Natomiast pogoda może być nieprzewidywalna. Jeśli rano pada, to w czasie dnia może wychodzić słońce (i to kilka razy) lub na odwrót. Ludzie zazwyczaj zarzucają na siebie coś lekkiego, bo w środkach komunikacji miejskiej i stacjach metra idzie się czasem ugotować, tym bardziej z włączonym ogrzewaniem – nie wiadomo po co, jak na dworze nie jest zimno.

BLISKOŚĆ NATURY
Nie tylko w tych wielkich, znanych parkach jest mnóstwo ptaków i zwierząt. Wiewiórki znajdziemy praktycznie wszędzie, nawet na małych zielonych skwerach, w środku miasta, więc warto mieć przy sobie orzeszki. W zwykłym, osiedlowym parku, znaleźliśmy mnóstwo ptactwa wodnego wszelkiej maści. Nazw nawet nie znam, więc muszę się troszkę podszkolić w tej dziedzinie.
Raz, idąc wzdłuż Tamizy mewa urządziła sobie polowanie na moją bułkę i dosłownie wyrwała mi ją z ręki. Polowanie okazało się skuteczne, bo choć ptak nie zabrał bułki, to uderzył z taką siłą, że ostatecznie mi wypadła i skończyła na ziemi. Ogólnie, w Londynie jest mnóstwo mew. To taki angielski gołąb.

KOSZTY WYNAJMU MIESZKANIA W LONDYNIE
Kolosalne. Mało tego, ceny w okolicach odległych od centrum wcale nie spadają drastycznie, szczególnie w miejscach blisko stacji metra. Powiem tak: jeśli chce się mieszkać w dość dobrym standardzie trzeba zapłacić i to sporo. Jeżeli ktoś chce przyjechać do Anglii, żeby dorobić i zaoszczędzić, niech najlepiej jedzie do innych miejscowości lub wynajmie pokój. W dodatku nie wiem, jak tu ludzi stać na kupno własnego mieszkania, albo się zadłużają na całe życie, albo wynajmują.

Wiele nowo powstałych budynków jest budowana z myślą pod wynajem (często mieszkania mają nawet takie samo wykończenie).

MULTI-KULTI
W Londynie jest mieszanka wszystkich narodowości. Dużo Afrykanów, Azjatów, Hindusów, Arabów, Latynosów. Zbiór ludzi z całego świata. Ten tygiel kulturowy widać w małych „specjalistycznych” biznesach, a także w kuchni i restauracjach. Przykładowo, w sieci sklepów Morrison mamy dostępność produktów z całego świata i ten asortyment naprawdę się sprzedaje. Widzieliśmy tam np. autentyczne azjatyckie produkty.

Myślałam, że ludzie będą jeszcze bardziej otwarci, a bywa różnie.

PROOF OF ADDRESS
czyli rachunek, umowa lub inne dokumenty potwierdzające angielski adres, potrzebne do praktycznie wszystkiego: do banku, do NINu,  do wynajęcia mieszkania. Mieliśmy tą nieprzyjemność, że pani w banku aktywowała nam konto bez proof of address, choć powinna go mieć (ewidentny błąd pracownika). Bank zablokował nam konto bez informowania nas o tym fakcie. Co ciekawe zablokowane konto nie może wypłacić ci w żaden sposób pieniędzy, ale obydwa przelewy z wypłatami przyjęli. Nasze wypłaty były więc zablokowane, wszystkie pieniądze z którymi przyjechaliśmy też (nieświadomie wpłaciliśmy je wcześniej na to felerne konto), a musieliśmy wpłacić kaucję za nowe mieszkanie. Bez tej wpłaty nie podpisalibyśmy nowej umowy - która byłaby naszym proof od address - zamknięte koło. Zostaliśmy na święta bez żadnych pieniędzy, w sytuacji gdzie nie mieliśmy jak zapłacić kaucji i czynszu za nowe mieszkanie (bez tego zostalibyśmy bez dachu nad głową). W jednym oddziale banku byli kompletnie nieelastyczni, a wręcz niekompetentni, w drugim wszystkie proponowane rozwiązania były dla nas nieosiągalne lub musielibyśmy zbyt długo czekać.

Ważniejszym dowodem jest więc jakiś rachunek za internet niż nasz paszport. Zawsze myślałam, że najważniejsze jest potwierdzenie tożsamości, jak widać jakiś adres (ktoś już mógłby się w tym czasie wyprowadzić) jest w Anglii najważniejszy. Potwierdzeniem mogła być nawet wizyta u lekarza (?!), a nie pismo od naszej firmy, że pracujemy i zapewniają nam mieszkanie. Witamy w Anglii. Czy ktoś jeszcze narzeka na papierologię w Polsce?

Proof of address (polski) musieliśmy też dostarczyć do firmy, która sprawdzała nasze dane przed podjęciem pracy.
Nie powinniśmy być też zdziwieni jeśli przy załatwianiu np. mieszkania chcą zobaczyć nasz bank statement (wyciąg z konta) oraz znać kwotę zarobków.

CENY
Jedzenia - podobne jak w Polsce. Do tego przekładają się na wyższą stawkę godzinową, więc sumarycznie wychodzi taniej. Nasze tygodniowe zakupy oscylują w kwocie 40-50 GBP. W tym, pozwalamy sobie na rzeczy, których w Polsce nie jedliśmy, np. lepszy ser kozi, feta, łososia, orzechy. Zdecydowanie droższe jak na razie jest tylko mięso i chleb. Reszta produktów kosztuje podobnie, jest tańsza, albo niewiele droższa. O tym ile kosztuje jedzenie w UK będzie osobny post.
Blisko naszego miejsca zamieszkania stoją 3,4 stragany handlarzy, którzy oferują miski za 1, 1,5  lub 2 funty. Większość warzyw i owoców kupujemy właśnie tam i tak na miski m.in. możemy dostać:
  • za1 GBP:
- 3 długie ogórki szklarniowe,
- 3 małe pudełka pomidorków koktajlowych lub 1 duży ok. 0,5 kg,
  • za1,5 GBP:
- 4 awokado większe lub 6 mniejszych,
- dwa melony miodowe,
  • za 2 GBP:
- 3 mango,
- 6 granatów.

Jak na razie, ze sklepów, najbardziej podoba nam się Lidl – ceny dobre, a produkty zróżnicowane i można dostać normalne w smaku pieczywo (choć wcześniej pewnie mrożone). Tesco wychodzi dość drogo, ale co ciekawe jest tam dział z halal food, ale z drugiej strony znajdziemy też cały regał z polskimi markami, do tego tańszymi niż w polskim sklepie (kapusta czy ogórki kiszone to żaden problem). W Morrisonie możemy znaleźć produkty z różnych stron świata, co naprawdę daje duży wybór klientom.

W sklepach często znajdziemy produkty oznaczone brytyjską flagą, czyli wyprodukowane właśnie w UK. Jest ich sporo i idea kupowania „własnych” produktów rzuca się w oczy.

PROBLEM Z KUPIENIEM NOŻA
Coś niewyobrażalnego w Polsce. Tutaj jednak kupić możemy tylko tępy nóż do masła, w zestawie sztućców. Ma to związek z atakami z udziałem noży w Londynie. Czy to faktycznie zmniejszyło liczbę ataków? Nie wiem, ale nie można państwu zarzucić, że nic nie robi. Nasza nożowa historia była dość długa (szczególnie dla kogoś, kto gotuje w domu), ponieważ trwała aż 4 dni. Najpierw szukaliśmy noży w sklepie. Nie ma. Zapytaliśmy się więc pana w przydrożnym sklepiku „wszystko dla domu” gdzie go można kupić. Sprzedawca powiedział nam że trzeba zapytać obsługi sklepu o noże i wyciągają je spod lady. Wracamy do sklepu. W Tesco noży w ogóle nie sprzedają. Idziemy do Wilko (sklep bez spożywki) - owszem, tam na półkach wiszą noże, ale papierowe, z takim „kwitkiem” podchodzi się od pracownika i to on wydaje nam prawdziwy nóż. Niestety, mniejszych rozmiarów brak, zostały same duże. Jeśli chcemy, możemy zamówić i odebrać za ok. 2 dni. Ostatecznie zamawiamy komplet tanich noży przez internet. Osoby wyglądające na mniej niż 25 lat, muszą pokazać dokument tożsamości przy odbieraniu zamówienia.
BEZPIECZEŃSTWO
I tutaj pojawia się kwestia bezpieczeństwa, o której wcześniej się nie myślało. O wiele bezpieczniej czuję się w Polsce nie dlatego, że jest to mój kraj. W Polsce nie słyszy się o zamachach, których tutaj było sporo. Wchodząc na London Bridge „kloce” u samego wejścia przypominają atak, kiedy auto rozjeżdżało przechodniów. Postawiono je po tym zdarzeniu. Ogólnie takie bariery znajdują się w wielu „masowych” miejscach. Czasami idea multi-kulti ma swoje minusy, bo szczerze powiedziawszy kto słyszał w Polsce o atakach terrorystycznych?
W pociągach, podczas podróży usłyszymy komunikat, żeby zgłaszać każde podejrzane zachowanie, jakie zobaczymy.

AKTUALIZACJA Z DNIA PISANIA POSTA:
Byłam w bliskim sąsiedztwie miejsca, podczas ataku na London Bridge 29.11.2019. Przed wigilią przechodziliśmy obok (już trwającej) bójki między jakąś dziewczyną i chyba Brytyjczykiem, koło baru. A to tylko pierwszy miesiąc mieszkania tutaj. Może po prostu trafiliśmy pechowo na początku. Niestety, ale nie uważam, żeby Londyn był bezpiecznym miastem do życia.

KOMUNIKACJA MIEJSKA
METRO
Najszybsze i dość dobrze rozbudowane. W godzinach szczytu ludzie upychają się jak sardynki. Na bardziej uczęszczanych stacjach, normą jest wsiadanie do 3 pociągu, ponieważ do 2 pierwszych nie da rady wejść, tyle jest pasażerów. Co więc z tego, że punktualne, że co dwie minuty, skoro rano i tak trzeba czekać kilka przejazdów na swoją kolej.

POCIĄGI
Alternatywa dla metra. Wychodzą najdrożej, też jest w nich dużo ludzi, ale mniej niż w metrze. Jeżeli ktoś wsiada na odległej stacji ma szansę usiąść. W pociągach często włączają ogrzewanie, a ludzie siedzą w środku w kurtkach. Dość szybko robi się więc duszno. Mało kto otwiera uchylne podłużne okienka. Raz jedna kobieta, stojąca za mną zemdlała, właśnie z braku świeżego powietrza, szczęśliwie dla niej, praktycznie na stacji.
AUTOBUSY
Najlepsze, jeżeli ktoś chce oglądać widoki i o wiele tańsze niż metro czy pociągi. Podróż nimi zajmuje zdecydowanie dłużej niż powyżej wymienionymi środkami transportu, z powodu długich tras i to zazwyczaj poprowadzonych naokoło, dość częstych przystanków oraz ewentualnych korków. Jazdę autobusem polecam zwiedzającym jako alternatywę. W dodatku mieszkając w Londynie po prostu trzeba choć raz zaznać jazdy dwupiętrowym autobusem mknącym przez wąskie ulice Londynu, wymijającym zaparkowane na drodze auta.

Ceny biletów pociągów i metra różnią się w zależności od godzin, w jakich podróżujemy. Najdrożej zapłacimy w godzinach szczytu, czyli od 6.30 do 9.30 oraz od 16.00 do 19.00. W weekendy jest taniej przez cały dzień. Pojedyncze bilety są strasznie drogie, dlatego warto od razu kupić Oyster Card - jej koszt to 5 GBP, które i tak są zwracane po oddaniu karty. Koszt przejazdu autobusem to 1,50 GBP, w tym jeśli przesiądziemy się w drugi autobus w przeciągu godziny, nie płacimy za nowy bilet.

PROBLEMY DUŻEGO MIASTA
ODLEGŁOŚCI
Ten punkt tak naprawdę pasuje do każdego dużego miasta, nie tylko Londynu. Ceny wynajmu są duże, mało kto mieszka w ścisłym centrum. Jeżeli chcemy więc gdzieś dojechać, nawet żeby pozwiedzać, musimy się liczyć, z tym, że dojazd zajmie nam około 45 minut w jedną stronę. Wpływa to na życie towarzyskie oraz na wybór innych aktywności.
BEZDOMNI
W środku miasta. Śpiwory, kołdry, w miejscach osłoniętych od wiatru, czyli najczęściej w zakątkach budynków, stacji metra. Widziałam nawet 2 namioty rozłożone praktycznie zraz obok odnowionej kamienicy, po drodze na Trafalgar Square. Z pierwszą, tak rzucająca się w oczy bezdomnością spotkałam się w Toronto, też dużym mieście.


PUBY
Nie tylko dla młodych. I to jest właśnie fajne, że w tych typowych, angielskich pubach znajdziemy osoby w różnym wieku. Wybór piw jest spory, jest więc co próbować. W sieciówkowych pubach jest też dość obszerne menu jedzeniowe, więc nie przychodzą tam tylko ludzie spragnieni piwa ale nawet całe rodziny np. w sobotę na obiad.

BANKI
Większa masówka i mniej „odświętnego/instytucjonalnego” podejścia do klienta. Nasz oddział banku jest już zużyty, przy okienku nie ma krzeseł, kolejka trochę jak do okienka na poczcie, ale za to jest osoba, która kieruje nas albo do okienka, albo do osobnego konsultanta. Okienka są blisko siebie, a druga osoba bez problemu usłyszy szczegóły naszej transakcji. Podejście do klienta jest gorsze niż w Polsce, o czym mieliśmy okazję, niestety się przekonać na własnej skórze.  

JĘZYK
Jeżeli ktoś zna angielski na poziomie średnio zaawansowanym poradzi sobie bez problemu. Ludzie nie używają tutaj nie wiadomo jak skomplikowanych słów, a jeżeli ktoś pracował poprzednio w angielskojęzycznej firmie, to zna fachowe słownictwo. Usłyszymy tu rożne akcenty. Z jednej strony szkoda, ponieważ fajnie podłapać ten typowy „brytyjski akcent”. Z drugiej strony usłyszymy, jak bardzo rosyjsko brzmią Słowianie, a czasami ciężej zrozumieć osobę z Francji czy Chin niż z Indii (mimo, że znają język bardzo dobrze, akcent robi swoje). Często usłyszymy słowo „lovley”, tutaj wszystko jest „lovley”.

ULICE
W Anglii nie ma typowego rynku jak u nas, w centrum miasta. High Street, czyli taka główna ulica, wzdłuż której ciągną się sklepy, różne biznesy, banki itp. Wieczorem, wśród tych starszych budynków robi się ciemniej, a na ulicy wychodzą, z reguły, osoby czarnoskóre czekające... zapewne na klientów. Dużo sklepików to biznesy pod typowo daną nację/grupę emigrantów, karaibskie, halal.

BIEGACZE
Mnóstwo ludzi biega w centrum miasta, w środku dnia. Chyba po porostu w taki sposób wykorzystują przerwę na lunch.

RESTAURACJE
Możliwość spróbowania kuchni z całego świata. Ceny, hmm, ogólnie jest dość drogo. Oferty lunchowe są zazwyczaj tańsze, da radę znaleźć coś w okolicach 8 GBP. 
Co warto zjeść na Krecie?

Co warto zjeść na Krecie?


Na Krecie warto jeść. Mało tego, warto przyjechać tam tylko dla samego jedzenia. Nie spodziewałam się, że kuchnia grecka tak mi posmakuje. Jednak świeżość produktów, dużo własnych wyrobów, dobre sery, warzywa których nie sposób nie lubić, to wszystko sprawia, że tamtejsza kuchnia jest jedną z lepszych, jakie jadłam na wyjeździe. To chyba też przepis na długowieczność samych Greków- nieśpieszne życie, dobre jakościowo produkty, samodzielnie wytwarzana oliwa i dużo słońca.

Dakos 

Chrupiący jęczmienny chlebek z rozdrobnionymi pomidorami i serem (Myzithra lub Feta), skropione oliwą. Mój bezsprzeczny numer jeden. Mogłabym jeść na okrągło. Dobry dakos starczył mi za obiad. 

Souvlaki

Czyli szaszłyki. Jedliśmy tylko raz i nie wiemy, czy to zasługa restauracji i kucharza, czy wszędzie smakują tak samo, ale to były jedne z lepszych szaszłyków z kurczaka, jakie jadłam w życiu. Mięso było miękkie, jędrne i co najważniejsze soczyste. Po prostu rozpływające się w ustach. 

Mussaka 

Zapiekanka z mięsa mielonego, bakłażana i ziemniaków, z sosem, pod pierzynką z sera. Danie, którego przedstawiać chyba nie muszę. Może i kaloryczne, ale za to pyszne i sycące.

Tzatzki

Tu też dłuższy komentarz jest zbędny, sos z ogórków, czosnku i jogurtu. Warto spróbować, aby poczuć oryginalny smak oraz jak smakuje prawdziwy jogurt grecki.

Horiatiki 

Sałatka grecka – chyba najpopularniejsza „zielona” sałatka w Polsce. Prawdziwie grecka zawiera tylko pomidory, ogórki, oryginalną fetę, paprykę, oliwki i cebulę.

Papoutsakia 

Bakłażan faszerowany mielonym mięsem, w sosie pomidorowym, zapiekany z beszamelem i serem.

Faszerowane papryki 

(Gemista) – nadziewane farszem z mięsa w sosie pomidorowym. Ogólnie Grecy lubią mięso mielone w sosie pomidorowym i lubią nadziewać warzywa.

Cheese saganaki

Smażony ser w wersji greckiej. Jadłam dwa razy i najbardziej mi smakował ten nad jeziorem Kournas (pierwsza knajpka z widokiem na jezioro zaraz po zejściu z góry, tuż obok pomostu, gdzie można wypożyczyć rowery wodne). Nie był tłusty, panierka niebyt gruba, a ser w środku taki, jak tygryski lubią najbardziej, czyli ciągnący się.

Kalitsounia 

(with herbs and mizithra cheese) czyli smażone ciasto pierogowe z nadzieniem z sera mizithra i ziołami. Kalitsounia chyba częściej podawana jest w formie pierogowej, ja dostałam, jednego wielkiego pieroga. Całkiem smaczne, chociaż ciasto jest smażone, więc jest dużo „chrupkiego” ciasta. Na zdjęciu odmiana kalitsounii zapiekana z serem i jagnięciną.

Pastacci

Danie, o którym praktycznie nie słyszałam, ani nie czytałam przed wyjazdem (nie mogłam go też zaleźć pracując nad tym wpisem, także nie wiem, czy nazwa jest zapisana poprawnie). Było bardzo dobre, jest to danie trochę podobne do lasagne tylko z innym makaronem (typu penne) oraz sosem beszamelowym. Smaczne i zapewne kaloryczne. Jeżeli komuś przejadła się mussaka, a szuka czegoś podobnego, to polecam spróbować.


Sałatka z bakłażana


Dość ciekawy smak, bakłażan jakby podsmażony, troszkę jakby z majonezem. Podana na zimno. Została nam zaserwowana jako przystawka w jednej z górskich, mniej uczęszczanych, tawern. Ponoć robiona własnoręcznie przez tatę/teścia właściciela.

Tolmadakia

/dolmades– ryż zawinięty w liście winogron, niby odpowiednik naszych gołąbków, jednak z gołąbkami nie ma nic wspólnego. Danie, które próbowałam było kwaśne, podawane z jogurtem greckim. Mi niezbyt posmakowało, ale wydaje mi się, ze jest to kwestia miejsca, gdzie jedliśmy.

Beef „Stifado” 

Natknęliśmy się na to danie w jednej z górskich, rodzinnych restauracji. Wołowina w lekko gulaszowo – pomidorowym sosie.


Słodkości

Typowo bałkańsko-tureckie - nie zabraknie tu baklawy ani nugatu.

Owoce morza

My nie przepadamy, ten kto lubi będzie miał dość duży wybór.

Ślimaki

Bardzo popularne danie na które ostatecznie nie zdecydowaliśmy się. Nie chcieliśmy płacić za coś, co być może zostawimy po kilku gryzach. Jednak tutaj radziłabym poszukać faktycznie restauracji z dobrymi opiniami w Internecie. Wydaje mi się, że jest to potrawa, w której, to czy ją polubimy, czy nie, bardzo zależy od przyrządzenia. I pewnej dozy odwagi. Ślimaki podawane są w octowym sosie. 

Chleb, oliwa, rakija

W dobrej tawernie w czasie oczekiwania na zamówienie dostaniemy czekadełko – chleb z oliwą. Wiadomo – w lepszej – dobrą oliwę i własnoręcznie wypiekany chleb. Często jednak się to sprowadza do oliwy w pojemniczkach jak dżemy, które można dostać na śniadanie w hotelach ;) Dobra restauracja uraczy nas też na koniec posiłku czymś słodkim (różnie: małym kawałkiem ciasta,  jogurtem z miodem, kandyzowanymi owocami w zalewie – np. winogronami) oraz kieliszkiem rakii.
W Grecji nie zdążyliśmy spróbować wszystkiego, co chcieliśmy. Częściowo, dlatego że jeżeli dostałam sporego dakosa, to nie miałam już miejsca na nic innego. Częściowo z powodu długich samochodowych wycieczek i krótkiego pobytu. Porcje są sycące i jak na urlopową europejską wyspę obiady wychodzą stosunkowo tanio. Najeść się można już przystawką. Mimo, że to wyspa pośrodku morza, nie zamówiliśmy ani razu ryb. Ceny były, szczerze powiedziawszy, spore, aczkolwiek można było znaleźć dobre oferty obiadowe na owoce morza, szczególnie w miejscach turystycznych (takich jak np. deptak w Chanii). Reszta od przypadku do przypadku - na uboczu można natrafić na fajną knajpkę lub kompletny nie wypał.


Warto też się wybrać do zwykłych sklepów, jeżeli chcemy smaczną i tanią kolację. Znajdziemy tam wino domowej roboty sprzedawane w butelkach, jak po oleju, oliwę, ogórki i pomidory (gdy u nas jeszcze nie ma na nie sezonu) oraz pyszne sery. Takie składniki, spożywane np. na plaży będą na pewno smacznym i jednym z najmilej wspominanych posiłków.
Copyright © 2016 Oczy zobaczyły , Blogger