Moje spostrzeżenia po 1,5 miesiąca życia w Londynie

Moje pierwsze wrażenia po przeprowadzce do Londynu. Dużo rzeczy jest tu innych niż w Polsce i szczerze powiedziawszy u nas ten czas minął intensywnie i dość... pechowo, jak na początek.

POGODA I KLIMAT
Klimat jest zdecydowanie cieplejszy niż w Polsce. Mrozów tutaj jeszcze nie doświadczyliśmy, w grudniu parki wciąż są zielone, a drzewa mają liście na drzewach. Słynna angielska pogoda też nas na razie omija i choć zdarzało się, że padało, to ani dłuższej mgły, ani większych ulewnych deszczy jeszcze nie spotkaliśmy. Natomiast pogoda może być nieprzewidywalna. Jeśli rano pada, to w czasie dnia może wychodzić słońce (i to kilka razy) lub na odwrót. Ludzie zazwyczaj zarzucają na siebie coś lekkiego, bo w środkach komunikacji miejskiej i stacjach metra idzie się czasem ugotować, tym bardziej z włączonym ogrzewaniem – nie wiadomo po co, jak na dworze nie jest zimno.

BLISKOŚĆ NATURY
Nie tylko w tych wielkich, znanych parkach jest mnóstwo ptaków i zwierząt. Wiewiórki znajdziemy praktycznie wszędzie, nawet na małych zielonych skwerach, w środku miasta, więc warto mieć przy sobie orzeszki. W zwykłym, osiedlowym parku, znaleźliśmy mnóstwo ptactwa wodnego wszelkiej maści. Nazw nawet nie znam, więc muszę się troszkę podszkolić w tej dziedzinie.


Raz, idąc wzdłuż Tamizy mewa urządziła sobie polowanie na moją bułkę i dosłownie wyrwała mi ją z ręki. Polowanie okazało się skuteczne, bo choć ptak nie zabrał bułki, to uderzył z taką siłą, że ostatecznie mi wypadła i skończyła na ziemi. Ogólnie, w Londynie jest mnóstwo mew. To taki angielski gołąb.

KOSZTY WYNAJMU MIESZKANIA W LONDYNIE
Kolosalne. Mało tego, ceny w okolicach odległych od centrum wcale nie spadają drastycznie, szczególnie w miejscach blisko stacji metra. Powiem tak: jeśli chce się mieszkać w dość dobrym standardzie trzeba zapłacić i to sporo. Jeżeli ktoś chce przyjechać do Anglii, żeby dorobić i zaoszczędzić, niech najlepiej jedzie do innych miejscowości lub wynajmie pokój. W dodatku nie wiem, jak tu ludzi stać na kupno własnego mieszkania, albo się zadłużają na całe życie, albo wynajmują.

Wiele nowo powstałych budynków jest budowana z myślą pod wynajem (często mieszkania mają nawet takie samo wykończenie).

MULTI-KULTI
W Londynie jest mieszanka wszystkich narodowości. Dużo Afrykanów, Azjatów, Hindusów, Arabów, Latynosów. Zbiór ludzi z całego świata. Ten tygiel kulturowy widać w małych „specjalistycznych” biznesach, a także w kuchni i restauracjach. Przykładowo, w sieci sklepów Morrison mamy dostępność produktów z całego świata i ten asortyment naprawdę się sprzedaje. Widzieliśmy tam np. autentyczne azjatyckie produkty.

Myślałam, że ludzie będą jeszcze bardziej otwarci, a bywa różnie.

PROOF OF ADDRESS
czyli rachunek, umowa lub inne dokumenty potwierdzające angielski adres, potrzebne do praktycznie wszystkiego: do banku, do NINu,  do wynajęcia mieszkania. Mieliśmy tą nieprzyjemność, że pani w banku aktywowała nam konto bez proof of address, choć powinna go mieć (ewidentny błąd pracownika). Bank zablokował nam konto bez informowania nas o tym fakcie. Co ciekawe zablokowane konto nie może wypłacić ci w żaden sposób pieniędzy, ale obydwa przelewy z wypłatami przyjęli. Nasze wypłaty były więc zablokowane, wszystkie pieniądze z którymi przyjechaliśmy też (nieświadomie wpłaciliśmy je wcześniej na to felerne konto), a musieliśmy wpłacić kaucję za nowe mieszkanie. Bez tej wpłaty nie podpisalibyśmy nowej umowy - która byłaby naszym proof od address - zamknięte koło. Zostaliśmy na święta bez żadnych pieniędzy, w sytuacji gdzie nie mieliśmy jak zapłacić kaucji i czynszu za nowe mieszkanie (bez tego zostalibyśmy bez dachu nad głową). W jednym oddziale banku byli kompletnie nieelastyczni, a wręcz niekompetentni, w drugim wszystkie proponowane rozwiązania były dla nas nieosiągalne lub musielibyśmy zbyt długo czekać.

Ważniejszym dowodem jest więc jakiś rachunek za internet niż nasz paszport. Zawsze myślałam, że najważniejsze jest potwierdzenie tożsamości, jak widać jakiś adres (ktoś już mógłby się w tym czasie wyprowadzić) jest w Anglii najważniejszy. Potwierdzeniem mogła być nawet wizyta u lekarza (?!), a nie pismo od naszej firmy, że pracujemy i zapewniają nam mieszkanie. Witamy w Anglii. Czy ktoś jeszcze narzeka na papierologię w Polsce?

Proof of address (polski) musieliśmy też dostarczyć do firmy, która sprawdzała nasze dane przed podjęciem pracy.
Nie powinniśmy być też zdziwieni jeśli przy załatwianiu np. mieszkania chcą zobaczyć nasz bank statement (wyciąg z konta) oraz znać kwotę zarobków.

CENY
Jedzenia - podobne jak w Polsce. Do tego przekładają się na wyższą stawkę godzinową, więc sumarycznie wychodzi taniej. Nasze tygodniowe zakupy oscylują w kwocie 40-50 GBP. W tym, pozwalamy sobie na rzeczy, których w Polsce nie jedliśmy, np. lepszy ser kozi, feta, łososia, orzechy. Zdecydowanie droższe jak na razie jest tylko mięso i chleb. Reszta produktów kosztuje podobnie, jest tańsza, albo niewiele droższa. O tym ile kosztuje jedzenie w UK będzie osobny post.
Blisko naszego miejsca zamieszkania stoją 3,4 stragany handlarzy, którzy oferują miski za 1, 1,5  lub 2 funty. Większość warzyw i owoców kupujemy właśnie tam i tak na miski m.in. możemy dostać:
  • za1 GBP:
- 3 długie ogórki szklarniowe,
- 3 małe pudełka pomidorków koktajlowych lub 1 duży ok. 0,5 kg,
  • za1,5 GBP:
- 4 awokado większe lub 6 mniejszych,
- dwa melony miodowe,
  • za 2 GBP:
- 3 mango,
- 6 granatów.



Jak na razie, ze sklepów, najbardziej podoba nam się Lidl – ceny dobre, a produkty zróżnicowane i można dostać normalne w smaku pieczywo (choć wcześniej pewnie mrożone). Tesco wychodzi dość drogo, ale co ciekawe jest tam dział z halal food, ale z drugiej strony znajdziemy też cały regał z polskimi markami, do tego tańszymi niż w polskim sklepie (kapusta czy ogórki kiszone to żaden problem). W Morrisonie możemy znaleźć produkty z różnych stron świata, co naprawdę daje duży wybór klientom.

W sklepach często znajdziemy produkty oznaczone brytyjską flagą, czyli wyprodukowane właśnie w UK. Jest ich sporo i idea kupowania „własnych” produktów rzuca się w oczy.

PROBLEM Z KUPIENIEM NOŻA
Coś niewyobrażalnego w Polsce. Tutaj jednak kupić możemy tylko tępy nóż do masła, w zestawie sztućców. Ma to związek z atakami z udziałem noży w Londynie. Czy to faktycznie zmniejszyło liczbę ataków? Nie wiem, ale nie można państwu zarzucić, że nic nie robi. Nasza nożowa historia była dość długa (szczególnie dla kogoś, kto gotuje w domu), ponieważ trwała aż 4 dni. Najpierw szukaliśmy noży w sklepie. Nie ma. Zapytaliśmy się więc pana w przydrożnym sklepiku „wszystko dla domu” gdzie go można kupić. Sprzedawca powiedział nam że trzeba zapytać obsługi sklepu o noże i wyciągają je spod lady. Wracamy do sklepu. W Tesco noży w ogóle nie sprzedają. Idziemy do Wilko (sklep bez spożywki) - owszem, tam na półkach wiszą noże, ale papierowe, z takim „kwitkiem” podchodzi się od pracownika i to on wydaje nam prawdziwy nóż. Niestety, mniejszych rozmiarów brak, zostały same duże. Jeśli chcemy, możemy zamówić i odebrać za ok. 2 dni. Ostatecznie zamawiamy komplet tanich noży przez internet. Osoby wyglądające na mniej niż 25 lat, muszą pokazać dokument tożsamości przy odbieraniu zamówienia.


BEZPIECZEŃSTWO
I tutaj pojawia się kwestia bezpieczeństwa, o której wcześniej się nie myślało. O wiele bezpieczniej czuję się w Polsce nie dlatego, że jest to mój kraj. W Polsce nie słyszy się o zamachach, których tutaj było sporo. Wchodząc na London Bridge „kloce” u samego wejścia przypominają atak, kiedy auto rozjeżdżało przechodniów. Postawiono je po tym zdarzeniu. Ogólnie takie bariery znajdują się w wielu „masowych” miejscach. Czasami idea multi-kulti ma swoje minusy, bo szczerze powiedziawszy kto słyszał w Polsce o atakach terrorystycznych?
W pociągach, podczas podróży usłyszymy komunikat, żeby zgłaszać każde podejrzane zachowanie, jakie zobaczymy.

AKTUALIZACJA Z DNIA PISANIA POSTA:
Byłam w bliskim sąsiedztwie miejsca, podczas ataku na London Bridge 29.11.2019. Przed wigilią przechodziliśmy obok (już trwającej) bójki między jakąś dziewczyną i chyba Brytyjczykiem, koło baru. A to tylko pierwszy miesiąc mieszkania tutaj. Może po prostu trafiliśmy pechowo na początku. Niestety, ale nie uważam, żeby Londyn był bezpiecznym miastem do życia.

KOMUNIKACJA MIEJSKA
METRO
Najszybsze i dość dobrze rozbudowane. W godzinach szczytu ludzie upychają się jak sardynki. Na bardziej uczęszczanych stacjach, normą jest wsiadanie do 3 pociągu, ponieważ do 2 pierwszych nie da rady wejść, tyle jest pasażerów. Co więc z tego, że punktualne, że co dwie minuty, skoro rano i tak trzeba czekać kilka przejazdów na swoją kolej.

POCIĄGI
Alternatywa dla metra. Wychodzą najdrożej, też jest w nich dużo ludzi, ale mniej niż w metrze. Jeżeli ktoś wsiada na odległej stacji ma szansę usiąść. W pociągach często włączają ogrzewanie, a ludzie siedzą w środku w kurtkach. Dość szybko robi się więc duszno. Mało kto otwiera uchylne podłużne okienka. Raz jedna kobieta, stojąca za mną zemdlała, właśnie z braku świeżego powietrza, szczęśliwie dla niej, praktycznie na stacji.


AUTOBUSY
Najlepsze, jeżeli ktoś chce oglądać widoki i o wiele tańsze niż metro czy pociągi. Podróż nimi zajmuje zdecydowanie dłużej niż powyżej wymienionymi środkami transportu, z powodu długich tras i to zazwyczaj poprowadzonych naokoło, dość częstych przystanków oraz ewentualnych korków. Jazdę autobusem polecam zwiedzającym jako alternatywę. W dodatku mieszkając w Londynie po prostu trzeba choć raz zaznać jazdy dwupiętrowym autobusem mknącym przez wąskie ulice Londynu, wymijającym zaparkowane na drodze auta.

Ceny biletów pociągów i metra różnią się w zależności od godzin, w jakich podróżujemy. Najdrożej zapłacimy w godzinach szczytu, czyli od 6.30 do 9.30 oraz od 16.00 do 19.00. W weekendy jest taniej przez cały dzień. Pojedyncze bilety są strasznie drogie, dlatego warto od razu kupić Oyster Card - jej koszt to 5 GBP, które i tak są zwracane po oddaniu karty. Koszt przejazdu autobusem to 1,50 GBP, w tym jeśli przesiądziemy się w drugi autobus w przeciągu godziny, nie płacimy za nowy bilet.

PROBLEMY DUŻEGO MIASTA
ODLEGŁOŚCI
Ten punkt tak naprawdę pasuje do każdego dużego miasta, nie tylko Londynu. Ceny wynajmu są duże, mało kto mieszka w ścisłym centrum. Jeżeli chcemy więc gdzieś dojechać, nawet żeby pozwiedzać, musimy się liczyć, z tym, że dojazd zajmie nam około 45 minut w jedną stronę. Wpływa to na życie towarzyskie oraz na wybór innych aktywności.
BEZDOMNI
W środku miasta. Śpiwory, kołdry, w miejscach osłoniętych od wiatru, czyli najczęściej w zakątkach budynków, stacji metra. Widziałam nawet 2 namioty rozłożone praktycznie zraz obok odnowionej kamienicy, po drodze na Trafalgar Square. Z pierwszą, tak rzucająca się w oczy bezdomnością spotkałam się w Toronto, też dużym mieście.


PUBY


Nie tylko dla młodych. I to jest właśnie fajne, że w tych typowych, angielskich pubach znajdziemy osoby w różnym wieku. Wybór piw jest spory, jest więc co próbować. W sieciówkowych pubach jest też dość obszerne menu jedzeniowe, więc nie przychodzą tam tylko ludzie spragnieni piwa ale nawet całe rodziny np. w sobotę na obiad.

BANKI
Większa masówka i mniej „odświętnego/instytucjonalnego” podejścia do klienta. Nasz oddział banku jest już zużyty, przy okienku nie ma krzeseł, kolejka trochę jak do okienka na poczcie, ale za to jest osoba, która kieruje nas albo do okienka, albo do osobnego konsultanta. Okienka są blisko siebie, a druga osoba bez problemu usłyszy szczegóły naszej transakcji. Podejście do klienta jest gorsze niż w Polsce, o czym mieliśmy okazję, niestety się przekonać na własnej skórze.  

JĘZYK
Jeżeli ktoś zna angielski na poziomie średnio zaawansowanym poradzi sobie bez problemu. Ludzie nie używają tutaj nie wiadomo jak skomplikowanych słów, a jeżeli ktoś pracował poprzednio w angielskojęzycznej firmie, to zna fachowe słownictwo. Usłyszymy tu rożne akcenty. Z jednej strony szkoda, ponieważ fajnie podłapać ten typowy „brytyjski akcent”. Z drugiej strony usłyszymy, jak bardzo rosyjsko brzmią Słowianie, a czasami ciężej zrozumieć osobę z Francji czy Chin niż z Indii (mimo, że znają język bardzo dobrze, akcent robi swoje). Często usłyszymy słowo „lovley”, tutaj wszystko jest „lovley”.

ULICE
W Anglii nie ma typowego rynku jak u nas, w centrum miasta. High Street, czyli taka główna ulica, wzdłuż której ciągną się sklepy, różne biznesy, banki itp. Wieczorem, wśród tych starszych budynków robi się ciemniej, a na ulicy wychodzą, z reguły, osoby czarnoskóre czekające... zapewne na klientów. Dużo sklepików to biznesy pod typowo daną nację/grupę emigrantów, karaibskie, halal.

BIEGACZE
Mnóstwo ludzi biega w centrum miasta, w środku dnia. Chyba po porostu w taki sposób wykorzystują przerwę na lunch.

RESTAURACJE
Możliwość spróbowania kuchni z całego świata. Ceny, hmm, ogólnie jest dość drogo. Oferty lunchowe są zazwyczaj tańsze, da radę znaleźć coś w okolicach 8 GBP. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za czas poświęcony na odwiedzenie mojego bloga. Podziel się ze mną i (innymi) swoją opinią.

Copyright © 2016 Oczy zobaczyły - blog podróżniczy , Blogger